Andrzej Talarek

Co się dzieje w Mielcu? Podzwonne dla sportu.

Chyba w 1962 roku byłem na meczu z Górnikiem Zabrze. To była pierwsza z dwóch moich wizyt na meczu piłki nożnej. Akurat zaczęto budować naszą nieboszczkę halę sportową. Stały chyba dwa pierwsze „przęsła”. Jako że ludzie nie mieścili się na ziemnych trybunach, stali na bieżni i na samym boisku, aż do linii autowej, tak że piłka nie wylatywała na aut, tylko odbijała się od kibiców. Siłą rzeczy takie podrostki jak ja i mój kolega niczego nie widzieliśmy, bo dorośli zasłaniali.

Więc wdrapaliśmy się na jedno z przęseł hali sportowej. Od tego czasu miałem do niej bardzo osobisty stosunek. Może nawet dzięki niej zacząłem się wspinać w skałkach i Tatrach.

Jakby nie było, kochałem tę naszą halę. Byłem wraz z innymi z niej dumy, bo takiej (i żadnej innej) nie miał nikt w okolicy. Na jej basenie nauczyłem się pływać, chodziłem na występy gwiazd polskich i obcych, nawet na bale sylwestrowe. Mecze raczej opuszczałem, może byłem z raz na meczu piłki siatkowej i parę razy na ręcznej. W latach osiemdziesiątych pan Drożdżowski gruntownie ją zmodernizował, była cieplejsza i może bardziej kolorowa, niż na początku.

Kiedy w Mielcu na początku tego wieku zaczęły powstawać nowe hale produkcyjne, budowane w nowych technologiach, kiedy sąsiednie miasta budowały coraz nowocześniejsze i piękniejsze obiekty sportowe, nasza hala zaczęła odstawać od współczesności. Ale wciąż była, wciąż służyła i sportowcom, i mieszkańcom.

Ale się nie podobała. Była jak drewniany dom wiejski pośród nowowymurowanych nowobogackich.
Ale tak to już jest w życiu, że jak ktoś ma stary dom, a chce mieć nowy, to zanim nowego nie skończy, starego nie rozwala. To tak oczywiste, że wydawało by się, że nie warto powtarzać. Czasami nowy buduje obok starego, czasami wręcz na starym, okraczając go i mieszkając tak długo, jak się da. Tak jest, jak ma się na budowę swoje, ciężko zarobione pieniądze. A nawet pożyczone, które trzeba potem odpracować.
Jak się wydaje nie swoje, ale ich właściciel przyjdzie i rozliczy, to też się uważnie ogląda każdą złotówkę. Samorząd tak nie ma, jeśli nie ma poczucia, że o wspólne należy dbać jak o własne.

No i rozwaliliśmy tę nasza zabytkową halę, mając tylko marzenia o nowej. Mamy teraz ładną, niby płaską działkę po niej, będącą coraz bardziej ”zapadliskiem” i stres. I marzenia, które oddalają się na niebezpieczną odległość.
Myśleliśmy: a co, nie stać nas? Będziemy dziadować? Taaaki Mielec!!!

Już jest pewne, że potencjalni wykonawcy „wydudkali” nas na cacy. Teraz, jak będziemy bardzo chcieli, a będziemy bardzo chcieli, wszak wybory blisko, zaśpiewają sobie taka cenę, że nam „pójdzie w pięty”. A co mówi umowa z inżynierem projektu za bardzo duże pieniądze? Czy nie trzeba będzie mu jednak płacić za jakąś gotowość?
Naprawdę trzeba powołać sztab antykryzysowy, byle nie polityczny, tylko fachowy, i radzić, co dalej.

Nie czas dziś wywlekać wątpliwości i wyśmiewać decydentów. Tym bardziej w obliczu tragedii jednego z ludzi, odpowiedzialnego za sport w Mielcu. Trzeba mieć nadzieję, że jedna sprawa z drugą nie ma nic wspólnego, bo nie daj Boże, by miała.

Nie mamy faktycznie Prezydenta, Rada Miasta pewnie zestresowana i sama sobie nie poradzi. Czas, naprawdę, najwyższy czas, na komisarza. Bo się nam Mielec rozleci.
A wyśmiewano mnie, gdy pytałem nie tak dawno, „Czy Mielec się zapada?”.
Zaczął się zapadać. Ale możemy jeszcze temu przeciwdziałać.

Andrzej Talarek

One comment

  1. Komisarza mianuje premier i bedzie to osoba z tej partii co wiekszosc radnych a wlasnie ta rada nie radzi sobie z posiadana wladza….

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *