Rocznica Powstania Styczniowego

powstanie styczniowe Powstanie styczniowe skończyło się krwawą klęską – życie straciło 20 tysięcy poległych w boju i zamordowanych powstańców; tysiące poszły na syberyjską katorgę. Życie niezliczonych rodzin obrócone zostało w ruinę. Przepadły resztki autonomii nadanej przez rosyjskiego zaborcę. Ale czy historia mogła potoczyć się inaczej?

Dla wielu z nas motywy powstańczego zrywu 1863 roku nie są zrozumiałe. Dlaczego Polacy zdecydowali się na walkę skazaną z góry na porażkę? Dlaczego wywołali powstanie, gdy nie byli do niego przygotowani? Żeby pojąć te decyzje, nie można patrzeć wyłącznie z dzisiejszej perspektywy, gdy znamy przebieg i tragiczne skutki zrywu, Trzeba spojrzeć na nie oczami bohaterów tamtych wydarzeń, pamiętając o represjach i ucisku po powstaniu listopadowym 1830 – 31 roku.

U progu 1863 roku większość ziem dawnej Rzeczypospolitej włączona była do Imperium Rosyjskiego z których utworzono gubernie zachodnie Rosji, a resztę stanowiło Królestwo Polskie – marionetkowe państewko z carem jako królem Polski. Mimo to Polacy wciąż czuli się odrębnym, wielkim i dumnym narodem. Wierzyli, że kraj uda się kiedyś odbudować w granicach z 1772 roku, czyli sprzed pierwszego rozbioru. Wiedzieli jednak, że kluczem do niepodległości jest pokonanie Rosji.

Rozumieli, że bunt jest ryzykowny i może prowadzić do tragedii, ale sądzili, że nie są bez szans. Utwierdzały ich w tym przekonaniu pamięć o wyprawie na Moskwę u boku Napoleona w 1812 roku, zwycięskie bitwy staczane przez polskie wojsko z Rosjanami podczas powstania listopadowego. Znaczna część społeczeństwa uważała, że w tamtej wojnie niewiele brakowało, by Rosja została pokonana.

Dlatego tak wielu wierzyło, że jeśli uda się dobrze przygotować walkę i pojawi się sprzyjająca koniunktura międzynarodowa, to powstanie może się powieść. Na początku lat 60, wydawało się, że taka koniunktura nadeszła albo zaraz nadejdzie. Wyobraźnię i nadzieję rozbudziła porażka Rosji w wojnie krymskiej w latach 1853 – 56, gdy wojska Francji i Wielkiej Brytanii skutecznie interweniowały na rzecz Turcji, oraz wojna o niepodległość Włoch, która doprowadziła do zjednoczenia kraju.

Jednym z państw, dla którego epopeja Włochów pod wodzą Giuseppe Garibaldiego zakończyła się upokorzeniem, była Austria, także nasz zaborca. W sukcesie Włochów wielki udział miał cesarz Napoleon III. Wielu Polaków liczyło, że cesarz Francuzów poprze i ich walkę.

Ostatecznie do wybuchu powstania doszło 22 stycznia 1863 roku. Od samego początku różniło się jednak bardzo od listopadowego. W 1830 roku i 1831 roku powstańcy dysponowali dobrze wyszkoloną, prawie 70 tysięczną armią, która wypowiedziała posłuszeństwo carowi. Dowodzili nią generałowie będący weteranami Napoleona I.

Organizatorzy powstania styczniowego nie mieli do dyspozycji regularnej armii – walki od początku do końca miały charakter partyzancki, a oddziały uzbrojone były często tylko w broń myśliwską i kosy.

Nie było zbyt wielu wybitnych dowódców. Generał Ludwik Mierosławski – pierwszy dyktator powstania – był raczej teoretykiem niż oficerem liniowym. W marcu wydawało się, że jest już po sprawie – carskie wojsko wytropiło i rozproszyło większość oddziałów. Mierosławski po dwóch przegranych bitwach wyjechał do Francji, a funkcję dyktatora przejął generał Marian Langiewicz.

Na Wielkanoc 1863 roku pojawiła się szansa na przerwanie walk – Aleksander II zaproponował  amnestię w zamian za natychmiastowe złożenie broni. Powstańcy zignorowali propozycję; uznali, że car i tak każe ukarać buntowników. Walka więc trwała, a nieliczne sukcesy dodawały Polakom ducha. Jednym z największych było przechwycenie Kasy Głównej Królestwa, w której była ogromna kwota 3,5 mln rubli, w większości w postaci trudnych do spieniężenia papierów skarbowych.

Były też mniejsze i większe sukcesy militarne. Nadzieje budziła kampania gen. Langiewicza, który chciał dokonać koncentracji sił w Górach Świętokrzyskich i stamtąd uderzyć na Warszawę. Udanymi walkami powstańców były też bitwy pod Słupią i Małogoszczem. W  marcu Langiewicz został ogłoszony dyktatorem powstania – jednak był nim tylko tydzień. W połowie marca na czele 3 tys. ludzi przegrał bitwy pod Chrobrzem i Grochowiskami, po których uciekł do Galicji i oddał się w ręce Austriaków.

Gdy w październiku 1863 r. dyktaturę obejmował Romuald Traugutt, sytuacja powstania była krytyczna, a szanse na odwrócenie losów – żadne. Ostatecznie został aresztowany w nocy z 10 na 11 kwietnia 1864 r., osądzony i stracony na szubienicy na stokach warszawskiej Cytadeli 5 sierpnia 1864 r. Ten moment uważa się za symboliczny koniec powstania, choć ostatni oddział księdza Brzóski bił się do grudnia 1864 r.

Według ocen historyków partyzanci uczestniczyli w ponad tysiącu starć zbrojnych, głównie małych potyczek. Zginęło ok. 20 tys. powstańców, a prawie 40 tys. Rosjanie zesłali na Sybir. Za wspieranie powstania carat skonfiskował setki majątków ziemskich. Car zlikwidował resztki autonomii Królestwa Polskiego, które z czasem Rosjanie zaczęli nazywać Krajem Nadwiślańskim. Zaczęła się intensywna rusyfikacja społeczeństwa.

Mimo wszystkich tych reperkusji mit powstania styczniowego trwał, a kolejne pokolenia podjęły idee powstańców styczniowych i gdy w 1914 r. przyszła dla Polaków naprawdę dobra koniunktura polityczna, potrafiły ją wykorzystać.

Również mieszkańcy Mielca i regionu czynnie brali udział w powstaniu styczniowym, a ich liczbę w przybliżeniu ocenia się na 300 osób. Warto tutaj wymienić choćby takie osoby jak: Mieczysław Rey, Alfred Bogusz, Stanisław Brzeski i Karol Hauser oraz wielu innych. Mogiły powstańców  styczniowych przetrwały do naszych czasów i możemy je odnaleźć m. in. w Tuszowie Narodowym i na cmentarzu parafialnym w Przecławiu.

 

Tekst  Marek Leyko
e-mielec24.pl